Przełożony przeze mnie z języka niemieckiego fragment pierwszego rozdziału powieści „Zamek”, autorstwa austriackiego pisarza Franza Kafki. „Zamek” zaliczany jest do tzw. „Trylogii samotności”, do której należą także powieść „Zaginiony” (Ameryka) oraz „Proces”. „Zamek”, tak jak pozostałe utwory „Trylogii”, został wydany po odejściu pisarza, wbrew jego woli spisanej w testamencie. Kafka polecił spalenie wszelkich swoich pism, w tym pamiętników oraz listów, rękopisów niewydanych powieści, pozostałych zapisków i rysunków, które przechowywał, jak i tych, które posiadali także jego znajomi oraz niewznawianie utworów już wydanych. Wykonawcą testamentu był jego bliski przyjaciel, pisarz Maks Brod, który wspierał Kafkę w jego twórczości pisarskiej, zapewniając go o talencie i zachęcając do publikacji. Po śmierci Kafki Brod został jego biografem, nie zdecydował się także na wykonanie jego ostatniej woli. Dzięki staraniom Broda już dwa lata po śmierci Kafki jego nieznane jak dotąd powieści oraz inne teksty zostały upowszechnione, a opowiadania opublikowane za życia pisarza mogły być powielane.


.
ZAMEK
ROZDZIAŁ I
(fragment)

.

.

„To był późny wieczór, jak K. przybył. Wioska pogrążona była w śniegu. Góra zamku była zupełnie niewidoczna, mgła i cień zasnuły ją, nawet najmniejszy promień światła nie rysował w oddali także i dużego zamku. Długo stał K. na drewnianym moście, który prowadził z szosy do wioski i patrzył w dal w pozornie pustą przestrzeń.

Potem poszedł szukać miejsca, gdzie mógłby spędzić noc; w gospodzie paliło się jeszcze światło. Gospodarz wprawdzie nie miał pokoju do wynajęcia, ale zaproponował, nad wyraz zaskoczony i zmieszany za sprawą pojawienia się gościa późną porą, możliwość noclegu w gospodzie na sienniku. K. zgodził się. Kilku chłopów siedziało jeszcze przy piwie, ale K. nie chciał z nikim rozmawiać. Sam zabrał siennik z poddasza i położył się w pobliżu pieca. Było ciepło, chłopi zachowywali się cicho, badał ich jeszcze przez moment zmęczonymi oczami, po czym zapadł w sen.

Jednak już po chwili został obudzony. Młody mężczyzna, ubrany typowo po miejsku, z aktorską twarzą, wąskimi oczyma, bujnymi brwiami, stał z gospodarzem nieopodal niego. Także chłopi nadal przebywali w izbie, niektórzy obrócili się wraz z fotelami, żeby lepiej widzieć i słyszeć. Młody człowiek przeprosił K. niezwykle uprzejmie za obudzenie, przedstawił się jako syn kasztelana zamku, po czym powiedział: ta wioska jest własnością zamku, kto tu mieszka lub nocuje, mieszka lub nocuje w pewnym sensie w zamku. Nikt nie może czynić tego bez hrabiowskiego pozwolenia. Jednak pan nie ma takiego pozwolenia, albo przynajmniej nie pokazał go pan.

K. podniósł się lekko na sienniku, wygładził włosy, popatrzył z dołu na obecnych w izbie i rzekł:

Do jakiej wioski zabłądziłem? Jest tu więc zamek?

Istotnie – powiedział z wolna młody mężczyzna, podczas gdy gdzieniegdzie ktoś potrząsał głową z powodu K. – zamek Pana Hrabiego Westwesta.

A więc wymagane jest pozwolenie, żeby przenocować? – zapytał K., tak jakby chciał się przekonać, czy wcześniejsze powiadomienie nie wydarzyło się przypadkiem we śnie.

Pozwolenie należy mieć – brzmiała odpowiedź, a jego szydzenie z K. stało się oczywiste, gdy młody mężczyzna wyciągając ramię zwrócił się do gospodarza oraz gości z pytaniem: – czy też nie trzeba mieć pozwolenia?

Zatem muszę uzyskać też dla siebie pozwolenie – rzekł K. ziewając i zerwał z siebie nakrycie, jakby chciał wstać.

Ciekawe od kogo w takim razie? – zapytał młody mężczyzna.

Od Pana Hrabiego – odrzekł K., – w końcu nie pozostaje nic innego.

Teraz o północy zdobyć pozwolenie od Pana Hrabiego? – zawołał młody mężczyzna i uczynił krok w tył.

– Czy nie jest to możliwe? – zapytał K. obojętnie. Więc dlaczego Pan mnie obudził? W tej chwili młody mężczyzna stracił nad sobą panowanie. Co za maniery wędrowca! – zawołał. Wymagam szacunku wobec hrabiowskiego urzędu! Obudziłem Pana, żeby zawiadomić, że natychmiast musi Pan opuścić teren należący do Pana Hrabiego.

– Koniec z tą komedią! – rzekł K. zaskakująco cicho, położył się z powrotem i naciągnął na siebie przykrycie. – Posuwa się Pan nieco za daleko, młody człowieku, jutro jeszcze powrócę do sprawy pańskiego zachowania. Gospodarz jak i obecni tam panowie są świadkami, o ile w ogóle potrzebuję świadków. Poza tym, niech Pan jednak pozwoli i wysłucha – otóż jestem geometrą, któremu nakazał przybycie Pan Hrabia.

Moi pomocnicy pojawią się jutro pojazdem z urządzeniami do wykonywania pomiarów. Nie chciałem odmówić sobie marszu w śniegu, lecz niestety kilka razy zszedłem z drogi i dlatego tak późno przybyłem. To, że jest teraz za późno, żebym powiadomił o sobie w zamku, wiedziałem już sam, jeszcze przed pouczeniem z Pana strony. Dlatego zadowoliłem się noclegiem tutaj, co Panu przeszkadza i – delikatnie ujmując – powoduje Pańską niegrzeczność. Tym zakończę moje wyjaśnienia. Dobranoc, moi Panowie. I K. obrócił się w kierunku pieca.

– Geometra? – usłyszał K. jeszcze za swoimi plecami niepewne pytanie, po czym zapadła w całym pomieszczeniu cisza. Krótko po tym jednak młody mężczyzna oprzytomniał i zwrócił się do gospodarza głosem na tyle stłumionym, żeby dać wyraz, że ma na uwadze i szanuje życzenie K. zaśnięcia, a jednocześnie wystarczająco głośno, żeby K. rozumiał wypowiadane słowa: „zwrócę się z pytaniem telefonicznie”. – Jak to, też i telefon był w tej wiejskiej gospodzie? Zostali tu znakomicie wyposażeni. W pierwszej chwili K. był tym zaskoczony, jednak doszedł do wniosku, że spodziewał się tego. Okazało się, że telefon został umieszczony niemal nad jego głową, lecz przeoczył ten fakt będąc zaspanym. Jednak teraz, gdy młody mężczyzna musiał zadzwonić, przy najlepszych chęciach nie mógł zapobiec, żeby K. nie został obudzony. Chodziło tylko o to, czy K. powinien dopuścić go do aparatu – postanowił, że wyrazi swoją zgodę.

W tych okolicznościach udawanie, że zasnął nie miało z pewnością już sensu, dlatego obrócił się z powrotem na plecy. Patrzył na wieśniaków, przysuniętych z niepokojem do siebie i odbywających naradę, przybycie geometry było sprawą dużej wagi. Drzwi kuchni otworzyły się, stanęła w nich potężna postać gospodyni, przysłaniając je swoją sylwetką, gospodarz zbliżył się do niej na palcach, żeby powiadomić o wydarzeniach. A teraz nastąpiła rozmowa przez telefon. Kasztelan spał, lecz pewien podkasztelan, jeden z podkasztelanów, niejaki Pan Fritz, był gotowy do rozmowy. Młody mężczyzna, który przedstawił się jako Schwarzer, opowiedział, jak to znalazł K., mężczyznę na oko trzydziestokilkuletniego, w mocno obdartym ubraniu, który spał spokojnie na sienniku, z głową ułożoną na małym plecaku, z kijem wędrowca, odłożonym w zasięgu ręki. Naturalnie, że wydawał mu się podejrzany, a ponieważ gospodarz w sposób oczywisty zaniedbał swój obowiązek, obowiązek ten spoczął właśnie na nim, Schwarzeru, dążyć do ustalenia faktów.

Obudzenie, przesłuchanie, zgodną z obowiązującym prawem groźbę wydalenia z hrabiostwa, K. przyjął bardzo nieżyczliwie, jak się wkrótce okazało, możliwe, że w sposób uzasadniony, bowiem twierdził, że jest wezwanym na polecenie Pana Hrabiego geometrą. Rzecz jasna jest to przynajmniej formalną koniecznością, sprawdzić wiarygodność jego twierdzenia, dlatego Schwarzer prosi Pana Fritza, ażeby dowiedział się w Kancelarii Centralnej, czy rzeczywiście tego typu geometra jest oczekiwany, a odpowiedź jak najszybciej przesłać telefonicznie.

Po tym zapadła cisza, Fritz zasięgał informacji, a tu czekano na odpowiedź. K. trwał jak dotąd nieruchomo, nie obrócił się ani razu, wydawał się zupełnie obojętny, patrzył przed siebie w dal. Sprawozdanie Schwarzera, ostrożne, a zarazem niepozbawione  złośliwości, dało mu poczucie przekazania w pewnym stopniu dyplomatycznego obrazu, którym z lekkością posługują się w zamku niższą rangą ludzie, tacy jak Schwarzer. Także nie brakło z ich strony pracowitości; Kancelaria Centralna miała wartę nocną.

Odpowiedź nadeszła najwyraźniej bardzo szybko, bowiem już dzwonił Fritz. Wiadomość wydała się w każdym razie bardzo krótka, bowiem Schwarzer wściekły natychmiast rzucił słuchawką. – Tak jak mówiłem! – krzyknął. Nie ma najmniejszego słowa o geometrze, podły, pełen kłamstw włóczęga, a może jeszcze coś gorszego! W mgnieniu oka przeszło K. przez myśl, że wszyscy, Schwarzer, wieśniacy, gospodarz i gospodyni, rzucą się na niego. Żeby umknąć przynajmniej pierwszemu natarciu, cały wpełzł pod przykrycie. Wtedy jeszcze raz rozległ się dźwięk telefonu, i jak się K. wydawało, szczególnie intensywnie. Powoli wystawił głowę ponad przykrycie. Choć było to nieprawdopodobne, żeby sprawa dotyczyła K., wszyscy zastygli, a Schwarzer z powrotem podszedł do aparatu. Wysłuchał długiego wytłumaczenia, po czym powiedział cicho: A więc pomyłka? Jest to dla mnie nad wyraz niemiła informacja. Szef biura zatelefonował osobiście? Osobliwe, osobliwe. W jaki sposób powinienem wytłumaczyć to Panu geometrze?”

*